czwartek, 18 maja 2017

#20: Zburzenie Wawelu

Wrakowisko, Warsztat i Bastion nie są w stanie wypracować wspólnego rozwiązania. Barbara, Maks, Kosma, Weronika, Paweł, Mariusz i Tomasz, który w końcu dźwignął się z łóżka to o kilka osób zbyt wiele by wypracować kompromis. Na ten moment jedno jest pewne - atak jest bezcelowy, skoro Litwini wiedzą o przejęciu wyrzutni. Putinas nie da się tak łatwo zabić.

Mariusz deklaruje kolejne zwiady. Razem z Weroniką chcą atakować po partyzancku, zdejmować snajperkami samotnych żołnierzy i podkładać ładunki wybuchowe pod kluczowe lokacje. Sugeruje, że dobrze by było złapać jakiegoś oficera i wydusić z niego informacje o planach Putinasa. Wtedy będzie można zadać ostateczny cios.
Hardy sugeruje coś innego. Jego zdaniem armia pójdzie w rozsypkę, kiedy wyeliminuje się kluczowe figury. Z opowieści wynika, że wszystkim trzęsie Putinas, ale na pewno ma pomocników, którzy są w stanie podejmować samodzielne decyzje. Kluczem do sukcesu jest odnalezienie… zdrajcy. Litwina, którego da się przekonać, że jego oddział jest skończony i tylko współpracując może ocalić skórę.


Ślązacy



Ludzie Czekańskiego przechwytują uzbrojoną ekipę z Katowic. Ośmioro Ślązaków z krótką bronią, na trzech autach. Twierdzą, że jechali spotkać się z ruchem oporu, ale zdaniem Bastionu to szpiedzy Litwinów. Ich szefem jest Bolek Kania, który nie rusza się na krok ze swoją laską, Nataszą (ma ukraiński akcent i przyznaje, że jej rodzice emigrowali przed wojną). Bastion pobieżnie ich przeszukał, ale można jeszcze poprawić - Ślązacy burzą się, ale dostosowują do reguł gry.
Ich celem jest nawiązanie współpracy. Mają dość Litwinów panoszących się u siebie i chcieliby też mieć z nimi spokój. Z tego co wiedzą, ichniejszy kapitan słucha rozkazów pułkownika Putinasa. Ekipa jest zbyt czujna, by zaufać słabej gadce. Oberschlesien próbuje jakoś negocjować, ale nic nie trzyma się kupy. Niestety, zanim Wrakowisku udaje się przejrzeć całą sprawę, Litwini wykonują swój ruch.
Wysoko na niebie krąży sobie niewielki helikopterek z termowizją. Wesoło miota nim wiatr - nim i jego “braćmi” z litewskimi oznaczeniami, które przyfrunęły tutaj, bo ściągnął je nadajnik na samochodzie Oberschlesien. Dron mruga laserem, a chwilę później daje się słyszeć świst rakiety, która ląduje w samym centrum formacji. Potężna eksplozja rzuca ludźmi jak szmacianymi lalkami. Pierwsza, druga, trzecia. Widać Litwini pożałowali amunicji, ale to, co zobaczył operator powinno przekonać go, że zrobili dobrą robotę. Polaczki dostały nauczkę. Jeśli Polaczki będą jeszcze mocniej fikać, zbiorą atomówką. Gdyby litewskie drony przetrwały, operator zobaczyłby, że o ile zrobił sporo, to najważniejsze pojazdy w konwoju przetrwały - były zabezpieczone, ukryte, kawałek od obozu. Mógłby nawet zareagować i podświetlić inną część obozu. No, ale drony nie przetrwały.


Ktoś tu kocha zapach napalmu o poranku. Znaczy się, w środku nocy.


Kosma fatalnie obrywa. Krew, flaki na wierzchu, szok, adrenalina. Nie ma innego wyjścia, musi się sam operować. Zęby zaciśnięte na kawałku drewna. Trzęsące się z nerwów i bólu łapy. Dla udaje się. Udaje! Wrakowisko, Warsztat i Bastion zabrali rannych i ewakuowali się w ekspresowym tempie. Drogę oświetlała im łuna z płonących aut.


Misja Waza


Maks, jak to Maks, chce się popisać. Nie bacząc na nic, bierze auto, wsiada za kółko i jedzie w poszukiwaniu Litwinów. Początek jest obiecujący: dowiaduje się, że Ślązacy byli na Wawelu zanim pojechali do nich, dostaje też cynk, że masa żołnierzy zluzowała. Chleją, ćpają i ruchają. Zdaniem polskiego Biebera to idealna okazja do działania. Bardzo szybko dostaje to, czego chce - czterech podpitych żołnierzy stoi na rogu ulicy. Wytoczyli się właśnie z jakiejś knajpy. Mają problemy z utrzymaniem się w pionie - widać, że nie są w najlepszej formie.

Waza idzie do nich z podniesionymi rękoma. Tamci na początku nie kumają co się dzieje, ale zaraz potem sięgają po giwery. Maks gada jak najęty. Chce częstować ich alkoholem, prochami, obiecuje znalezienie fajnych panienek, uśmiecha się i zaczyna coś nucić pod nosem - zachowuje się, jak jakiś naćpany pojeb (czyli normalnie, biorąc pod uwagę, że wciągnął coś wcześniej, a za normalnego nie bardzo go można uznać). Problem polega na tym, że Litwini niespecjalnie kumają polski. Skończyć się może tylko w jeden sposób - strzelaniną. Kiedy okazuje się, że nie ma szansy na porozumienie, Waza zgarnia motor i zaczyna spieprzać. Tamci ruszają za nim. W okolicy kryjówki konwoju dochodzi do ostatecznego starcia. Wrakowisko jest górą, ale jednemu pojazdowi udaje się spieprzyć. Jest jasne, że zaraz poleci kolejna salwa - trzeba się błyskawicznie ewakuować. Szybciej, niż ktokolwiek miałby ochotę. Tym razem oddalają się kawałek, nad Jezioro Dobczyckie.


Atak



Bohaterom udaje się jednak zdobyć jeńca - koleś potwierdza to, co chcieli usłyszeć: na Wawelu jest sporo wojska i sprzętu, jest też Putinas. Dostają komplet danych potrzebnych do podjęcia decyzji o ataku. Waza popisuje się mówiąc, jaką to zajebistą akcję odwalił, ale szybko zostaje sprowadzony na glebę - to ma być ostatni taki wybryk, inaczej oberwie gorzej, niż w mordę. Oberwałby już w tym momencie, ale Semańska staje między Maksem a ludźmi z Warsztatu. W nagrodę za uratowane życie, Barbara wrzeszczy na Wazę. Kiedy ten zaczyna pyszczyć, wybija mu górną jedynkę.
Sam atak to fachowa robota. Ekipa puszcza zwiad, który oświetla główny budynek laserem. Plank się nie myli - odpala pełną salwę, która uderza w symbol Krakowa, burząc go doszczętnie. Straty wśród Litwinów są ogromne.
Tego wieczoru Maks bawi się z dwoma laskami. Kolejne wyzwanie zaliczone.
W tym czasie Semańska ma chujowy nastrój. Wszystko za sprawą Maćka - kiedy inni się bawią, zgarnia ją na osobności i mówi, że to Kopczyński jest odpowiedzialny za próbę zamordowania Hardego. Maciek przeprasza Barbarę, że powiedział jej o tym dopiero teraz - sam nie wiedział od razu, poznał prawdę kiedy ekipa działała pod Poznaniem.


Taki widoczek to już ostatni raz. Wawel's dead, baby!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz