Ten dzień był piekłem. Kilka godzin po postrzale, zagipsowany, owinięty w bandaże Kosma był już w trasie. Razem z Maksem i innymi ludźmi z Wrakowiska krążyli po województwie starając się zdobyć chemikalia potrzebne do ataku na areszt przy Montelupich. Skończyło się sukcesem, ale drugiego takiego dnia Plank nie przeżyje.
Jest wyczerpany, słaby, ma zwidy przed oczami, a przed nim i Maksem jeszcze wizyta u Kopczyńskiego. Na szczęście to niedaleko, nawet biorąc pod uwagę kolano, jakie muszą zrobić zanim dotrą do Proszowic.
Gwiazda wieczoru
U Kopczyńskiego są goście. Dwie terenowe fury i kamper na pomorskich blachach (tak, mają numery rejestracyjne!) zaparkowały w mniejszej hali. Większość obsługi siedzi właśnie tam - słychać śmiechy, brzdąkanie gitary. Generalnie, trwa jakaś dobra impreza.
Kopczyński też się na nią wybiera. Założył flanelową koszulę w kratę, przystrzygł wąsa - ewidentnie chce się pokazać z dobrej strony. Najpierw załatwi biznes z Wrakowiskiem. Sprawy wyglądają tak: Warsztat niespecjalnie chce ryzykować życiem. Kraków był fajny, ale Kraków się skończył. Pojedyncze jednostki wezmą fury i giwery, ale to tylko cztery, może pięć osób. Reszta zwija się z Kopczyńskim.
Sytuacja na mieście wygląda nieciekawie. Dealerzy Pawła wyczaili dwa czołgi - jeden stoi na dziedzińcu aresztu przy Montelupich, drugi przy Polfie. Cywile twierdzili, że w sumie jest pięć takich maszyn, czyli trzy czekają jeszcze na Wawelu. Poza Iskanderem rzecz jasna. Do tego jest sporo BWP - tuzin, może piętnaście. Litwini mieli masę maszyn i paliwa, w zasadzie poza kierowcą i pasażerem w kabinie w większości pojazdy były puste. Ta setka żołnierzy może nie być dobrze oszacowana, ale czy jest ich dwudziestu więcej, nie ma znaczenia. Problemem jest ciężki sprzęt, wyrzutnia rakiet i zakładnicy.
Podsumowując:
- Elektrociepłownia, Polfa, areszt przy Montelupich - to miejsca gdzie są przetrzymywani zakładnicy. Poza tym mocniejsze patrole pilnują ludzi przy pracy, ale tam cywile mają taką przewagę liczebną, że gdyby ich uzbroić, po Litwinach zostałby tylko zdezintegrowany pył.
- Czołg przy areszcie i fabryce Polfy - zawsze ktoś siedzi w środku, to będzie poważny problem. Trzy czołgi strzegą Wawelu. Zamek został zmieniony w fortecę.
- Litwini szukają miejscówki do osiedlenia się… albo swoich ludzi, pewnie cywilów. Przeszukują zamieszkane dzielnice w poszukiwaniu najfajniejszych warunków. Jednemu wypsnęło się u dziwki, że jak wszystko się dobrze poukłada, zrobią nową unię litewsko-polską. Gdzieś tam czeka kilkaset pasożytów - bo na pewno po przyjeździe będą na nich pracować Polacy.
Gwiazdą wieczoru jest Anita Polak. Wszyscy znają jej przeboje mimo, że nigdy nie nagrała choćby jednej płyty! To około trzydziestoletnia laska o urodzie młodej dziewczyny. Jej matka była też piosenkarką, nauczyła przed śmiercią córkę nie tylko jak grać i śpiewać, ale też jakie pisać teksty. To muzyczne przeciwieństwo Wazy - spokojna, nastrojowa muzyka, którą może zagrać każdy potrafiący jako tako brzdąkać na gitarze. A na dodatek ma mądre, przemyślane teksty.
Anita przyjechała po południu. Chce dotrzeć do Lublina, ale zamierzała sobie tu zrobić przystanek na tydzień albo dwa. Na szczęście przechwycili ją ludzie Kopczyńskiego - o mały włos nie wbiła się w sam środek terenu Litwinów. Jedzie z siwym brodaczem (rzekomo nauczycielem, ale skąd u niego, u licha, broń?), jakąś młodą siksą i dwoma złotymi rączkami, przekwalifikowanymi na ochroniarzy. Chcą jechać na południe - na Słowację, może dalej, do Węgier.
Panna Polak daje koncert - Waza szybko leci do Nissana po gitarę i zaczyna plumkać jej przeboje. Próbuje przejąć inicjatywę, ale Warsztat wyraźnie buczy - nie chce prostackiego popu, woli smętną muzykę turystyczną. Kończy się szczęśliwie - w sensie koncert, bo Maks odpuszcza i pozwala sprowadzić się do roli członka zespołu, a nie lidera.
Cały wieczór kończy się katastrofą.
Litwa napada
![]() |
| Dobry wieeeczóóór Polaczki! |
Nagle słychać strzały z broni automatycznej. Jest jasne, że litewskie wojsko dopadło Kopczyńskiego, ale nie wiadomo jak. Teraz to nieważne, trzeba się bronić. Bohaterowie czają się próbując dowiedzieć się, co się dzieje na zewnątrz. Do środka wbija się BWP - żołnierz przy włazie odpala LKM i szatkuje ludzi z Warsztatu. Pod kołami ginie brodacz od Anity Polak. Maks próbuje ratować dziewczynę, jej ludzie ostrzeliwują pojazd, a Kosma chce dostać się do Nissana. Rozpętuje się piekło.
Maks zbiera baty - pojazd obraca się i próbuje go staranować. Ratuje życie, ale kosztem złamanej ręki. Ludzie Kopczyńskiego uciekają w mrok nocy. Kosma dopada do auta, wyjmuje małą butlę z gazem szykowanym na areszt, zrywa zawór i rzuca w żołnierza przy karabinie.
Ma miejsce cud.
Butla wpada do środka. Chmura gazu dusi gościa przy karabinie (wykańczają go ochroniarze Anity i Maks) i usypia tych w środku. Ludzie panny Polak zabierają ją do swoich wozów i ewakuują się błyskawicznie. Kosma zabiera rannego Maksa i - ze skrępowanym w baleron kierowcą BWP - wracają do bazy.
To tyle jeśli chodzi o wsparcie Warsztatu.
Elektrociepłownia
Zwiad jest ryzykowny, ale ma szanse powodzenia. Semańska nie ma łatwego zadania, ale nie chodzi o to, by wyzabijać wszystkich Litwinów, ale sprawdzić jak wygląda sytuacja. Zagadać do jakiegoś pewnego człowieka. Przygotować plan walki. Okazuje się, że sprawy nie mają się dobrze, ale nie aż tak źle, jak początkowo się wydawało.
Najgorsze są te ładunki wybuchowe.
Litwini zaminowali kluczowe elementy elektrociepłowni. Barbara znajduje cztery miejsca, gdzie są umieszczone. Są uzbrojone i mogą być zdalnie zdetonowane. Po czymś takim zapadnie się hala, gdzie pracuje większość Polaków, zaś sama elektrownia zostanie uszkodzona tak, że będzie można zapomnieć o jakichkolwiek naprawach. Żołnierzy przy i w budynku nie ma wielu - czterech przy BWP na placu, czterech w samej hali plus dwa trzyosobowe patrole. A, no tak, no i snajper na kominie. Ale mu, kurwa, musi tam być zimno.
Obsługi w środku jest kilkadziesiąt osób. W większości wykształciuchy, może jedna trzecia to mechanicy, kierowcy i normalni robole. Harują po szesnaście godzin, praktycznie bez żarcia - widać, że kilku jest o krok od wybuchu i próby buntu. Semańska zagaduje jednego z kumpli, pewnego chłopaka, który nieraz pomagał Wrakowisku i przekonuje go, by ludzie z elektrociepłowni nie robili nic na własną rękę. Jeśli już będą chcieli, to dopiero z armatami, które im dostarczą.
W bazie
![]() |
| Mission Impossible VI: "Nie ma chuja, nie uda się" |
Rankiem bohaterowie obgadują sprawy, po czym zabierają się za jeńca. Maks podchodzi do przesłuchania inaczej, niż standardowo. Litwin dostaje sporą porcję łagodnych prochów - rozluźniony, na wpół przytomny odpowiada chętnie na wszystkie zadane pytania. Mówi o tym, że jeden czołg stoi przy Polfie, a drugi na dziedzińcu aresztu. O tym, że Wawel jest zajebiście dobrze chroniony i szturm byłby samobójstwem. O tym, że za jakiś czas mają sprowadzić tu innych ludzi - zapewne cywilów. Najwięcej mówi o samych Montelupich - w czołgu siedzi służbista, który zamyka właz przez cały czas. Budynku pilnuje z góry dwóch snajperów. Ludzi nie jest dużo, ale są ładunki wybuchowe.
Nie będzie łatwo.
Ostatni element układanki
Nie da się już bardziej opóźniać planu. Wszystko jest na swoim miejscu. Trzeba tylko wybrać kto atakuje które cele. Potencjalne są trzy: Polfa, areszt i elektrociepłownia. Problemy są w zasadzie dwa. Po pierwsze, trzeba to zrobić w jednym czasie, bo kiedy Litwini zorientują się, co się dzieje albo wysadzą zakładników, albo wprowadzą wsparcie. Po drugie, niespecjalnie jest kim atakować wszystkie trzy cele. Dwa również. Elektrociepłownia jakoś sobie poradzi – Semańska da im narzędzia, robotnicy załatwią sami resztę. Trzeba podjąć trudny wybór – Polfa zostaje spisana na straty.
Bohaterowie muszą jednak załatwić sprawę tak, żeby Wrakowisko nie podzieliło się i wykonało plan. Nie może być mowy o sentymentach, o rozdzielaniu sił. Farmaceutów nie ma jak wyciągnąć, poza tym ich jest kilkanaścioro. Maks i Kosma wiedzą, że nie ma innego wyjścia – oszukują swoich ludzi mówiąc o drugiej fali ataku.
Ludzie przytakują ze zrozumieniem, ale wiedzą co się święci. Aż dziw bierze, że Waza z Plankiem nie wyczuwają, jak kiepską ściemę puścili. Bardzo szybko zrozumieją swój błąd, ale wtedy będzie za późno. Co więcej, ci, których rodziny są zamknięte w Polfie bardzo mocno postarają się przekonać kompanów, że zostawianie ludzi na pewną śmierć nie pasuje do ich wizji Wrakowiska. Bunt czy nawet coś gorszego mogą być jedynie kwestią czasu.
Atak na areszt
Wszystko wydaje się być dopięte na ostatni guzik. Czwórka żołnierzy wyposażonych w broń z tłumikami miała zlikwidować czujki na dachu. W tym czasie w budynek aresztu miał być wtłoczony gaz. Po chwili pod budynek miał podjechać łazik – ludzie mieli przeciąć kraty, wyjąć okno i wpakować się do środka. Reszta? Formalność – zarzynanie Litwinów, ładowanie nieprzytomnych więźniów do ciężarówek i ucieczka na północ. Osobną kwestią było unieszkodliwienie czołgu, ale Kosma z Maksem mieli mini-plan wykoszenia sensorów i uszkodzenia gąsienic.
Ten plan był tak piękny, że nic nie mogło się spierdolić.
Coś się spierdoliło.
![]() |
| Tak wygląda jebana Armata, czyli T-14. Faaajna, co nie? |
Ludzie, których chłopaki wysłały na Kleparz nie zlikwidowały czujek. Nie pojawili się w ogóle na dachu. Kiedy mija ustalony termin na start akcji i nic się nie dzieje, Kosma uświadamia sobie, gdzie oni są. Polfa. Ta czwórka ma tam bliskich. Dopiero w tym momencie bohaterowie domyślają się czemu tak sprawnie poszedł przydział ról. Przez głupotę tych ludzi cała akcja może wziąć w łeb. To, że w takim skromnym składzie kompletnie nie mają szansy odbić farmaceutów to już drobny detal.
Gaz jest wpuszczony, więc nie ma odwrotu. Pozostaje kwestią kilku minut zanim załoga czołgu i snajperzy domyślą się, że coś jest nie tak. Konieczna jest ekspresowa modyfikacja planu, zlikwidowanie czujek na dachu albo odwrócenie uwagi pancernych. Sekundy mijają, a bohaterowie tkwią jak sparaliżowani. W ich myślach powstają i upadają kolejne plany akcji. Nie robią nic, absolutnie nic. W końcu Litwini łapią, że coś jest nie tak. Słychać ryk odpalanego silnika, dźwięk otwieranej bramy. Słysząc to, jeden z ludzi z Wrakowiska, Jacek, szarpie Kosmę za kołnierz i wrzeszczy „Pociągnę ich za sobą, wy załatwcie resztę. Nie zmarnujcie tego!” – po czym wsiada na łazik i jedzie w stronę Starego Miasta. Na szczęście czołg rusza za nim w pościg.
W oddali, prawdopodobnie spod Polfy, słychać terkot broni maszynowej.
Do bohaterów dociera, że teraz każdy plan będzie lepszy, niż żaden. Ostrzeliwują snajperów, każąc reszcie zacząć akcję. Dostają – Wazę pocisk przebija praktycznie na wylot, posyłając z miejsca na glebę. Na szczęście Wrakowisko dostaje się do wnętrza aresztu. Kosma wpada do środka i leci w stronę dachu. W ostatniej chwili dostrzega granat zamocowany przy klapie – rozbezpiecza pułapkę, odciąga zawleczkę, po czym uchyla właz i zostawia Litwinom eksplodującą niespodziankę. Dach jest czysty, ale pozostaje kwestią czasu kiedy czołg wróci na posterunek.
Ludzie nie zajmują się detalami. Plank rozbezpiecza ładunki wybuchowe, ludzie z Wrakowiska zajmują się resztą. Nieprzytomni Litwini dostają po kulce. Polaków wsadzają do ciężarówek – Kosmie na szczęście udaje się ocucić niektórych. Bez tego nie byłoby szansy zdążyć przed powrotem pancerniaków. Kiedy słychać warkot silnika, Plank jest już gotowy do akcji. Na trasie czołgu leży jeden z ładunków, którymi Litwini mogli zburzyć areszt. Wystarczy by unieruchomić pojazd i ogłuszyć na chwilę załogę. Akcja nie udaje się idealnie – Litwini, gdy dociera do nich, że to nie partyzancki podjazd, a misja ratunkowa, ładują raz za razem w areszt. Budynek zawala się, grzebiąc pod gruzami tuzin jeńców. Większość ludzi znajduje jednak ratunek – budzą się obolali w tymczasowym obozie, gdzieś w jakiejś zrujnowanej, zapadłej wsi. Po uzupełnieniu zapasów rozjeżdżają się po szerszym terenie – muszą przeczekać w ukryciu najbliższe kilka tygodni, tak samo jak reszta Krakusów. Pozostaje mieć nadzieję, że ci, którym nie udało się uciec, nie będą bardzo cierpieć przed śmiercią.
Egzekucja
Jeńcy bardzo cierpią przed śmiercią. Na placu, gdzie jeszcze kilka dni wcześniej bohaterowie ratowali Lidkę, stoi sześcioro farmaceutów. Są skuci łańcuchem, którego końce są przytwierdzone do betonowych bloków. Dookoła pełno Litwinów, zebrało się chyba pół garnizonu. Z BWP wychodzi sam Putinas. Dwóch żołnierzy przytracza mu zbiorniki z paliwem do pleców i wręcza palnik. Dowódca staje naprzeciw ofiar i bez mrugnięcia okiem opluwa piątkę strumieniami napalmu. Biedacy wrzeszczą i wiją się, ale nie mają gdzie uciec, jak ocalić się od śmierci. Szóstą ofiarę, „zaledwie” poparzoną Putinas każe wypuścić. Jeden z przybocznych wrzeszczy, że to kara za atak i od tej pory nie będzie taryfy ulgowej. Jeśli tylko sytuacja nie wróci do normy, Litwini spalą każdego Polaka – każdego starca, kobietę, dziecko, jakiego pochwycą.
Kilka godzin później ocalała dziewczyna, łkając odpowiada o egzekucji w tymczasowym obozie Wrakowiska. Nie ma wątpliwości. To już nie okupacja, a prawdziwa wojna.





